piątek, 22 sierpnia 2014

Skończona terapia, rozsypana ja.

W środę skończyłam terapię, płakałam jak bóbr, bo wcale nie czuję się gotowa na to, żeby iść przez życie sama. Problemy z jedzeniem trzymają się mnie dzielnie, nie potrafię przestać myśleć w kategoriach "tuczy-nie tuczy". Nie zarejestrowałam się do psychiatry, nie biorę leków, nie mam siły walczyć. Mam wrażenie, że wraz z końcem spotkań z psychologiem, wyszły wszystkie Mary i zaczynają gościć na dobre w mojej głowie. Staram się wierzyć p. Agnieszce [o ironio!], że to, co zostało uświadomione w terapii, nie będzie się powtarzać, ale moja głowa twierdzi inaczej. Rozumiem mechanizm moich zaburzeń, ale co z tego, skoro nie potrafię się przed nim zamknąć?

Bardzo cieszę się, że chudnę. Jem żelazne 1200 kcal, waga powoli spada, po całorocznym jedzeniu śmieci. Moje ciało w dalszym ciągu jest "nie takie". Bo mam cellulit na pośladkach [Tomku, dlaczego tego nie widzisz?!], bo mam boczki, bo uda mi się stykają. Moja głowa jest pusta, nie mam pojęcia o żadnych najnowszych książkach [pomijając książkę Sashy Grey, której akurat nie miałam ochoty poznawać], o żadnych chodliwych malarzach, poetach, pianistach, dyrygentach itd.

Czuję się obrzydliwie samotna. Nie mam wielu znajomych, Ola się ode mnie odsunęła, z Natalią w ogóle nie mam kontaktu. Tomek jest ostatnio jakiś dziwny, praktycznie nie rozmawiamy. On pracuje jak wół, jak wraca do domu to idzie spać i nie ma siły na rozmowy. W dodatku skype odmawia posłuszeństwa, rozmowa się zacina i już. Pozostają skrable i warcaby na kurniku, no bo przecież nie trzeba tam rozmawiać.

Zaraz zaczyna się rok, praktyki w szkole, uczniowie prywatnie, dyrygentura dziennie i licencjat z fortepianu.
Jestem przerażona tym rokiem. Boję się, że nie dam rady.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz